globus
pasek
  NEKROLOG MISYJNY

Ostatnia akutalizacja tej strony:
17 lutego 2009

Nekrolog Misyjny SCJ - Życiorysy misjonarzy

Ks. Zdzisław Słupczyński
imię zakonne Tarsycjusz
(1933-1971)
Przyszedł na świat 29 października 1933 roku w parafii Miedziana, diecezja sandomierska, z rodziców Bronisława i Leokadii z domu Kowalczyk. Rodzina utrzymywała się z pracy na niewielkim trzyhektarowym gospodarstwie. Zdzisław miał brata Stanisława.
Na jego życie ogromny wpływ wywarły bolesne wydarzenia związane z pacyfikacją rodzinnej wioski i śmiercią ojca. Pacyfikacja ta, podobnie jak wiele innych na Kielecczyźnie i w sandomierskim, przeprowadzona została w wyjątkowo bestialski sposób. Podczas wyprowadzania wszystkich mężczyzn z wioski na miejsce egzekucji ojciec trzymał młodszego synka na ręku, a starszy trzymał się jego drugiej i szli w ogromnej trwodze. W pewnym momencie, tuż za jego zagrodą podszedł do ojca żołdak niemiecki, zrzucił z rąk jego synka, pchnął w plecy bagnetem i bijąc kolbą pognał do pobliskiej stodoły. Na oczach żony i dwóch synów, zakrwawiony, z widocznymi licznymi ranami, został oblany benzyną i wraz z innymi mężczyznami spalony żywcem w stodole.
Ks. Zdzisław nie potrafił nigdy zapomnieć straszliwych krzyków rozpaczy swoich palonych żywcem krajan, ale też nigdy o tych wypadkach nie wspominał. Dopiero po latach dowiedzieliśmy się, że wraz z niewiastami i dziećmi z całej wioski i okolic przez kilka godzin stał pod płotem, czekając na rozstrzelanie.
Osierocony przez ojca Zdzisław wychowywał się w trudnych warunkach materialnych. We wiosce nie było żadnego mężczyzny do pracy na roli. Owdowiała matka sama z młodziutkimi chłopakami pracowała na roli, aby utrzymać rodzinę w najtrudniejszym okresie kończącej się II wojny światowej.
Piszący te słowa osobiście kontaktował się z żyjącymi jeszcze świadkami tych bolesnych wydarzeń. W ich pamięci zachował się następujący obraz, świadczący o głębokim życiu religijnym Zdzisława, wpojonym mu przez matkę: po zakończeniu działań wojennych, podczas przemarszu jeńców niemieckich, wraz ze swoją koleżanką, w tajemnicy przed rodziną, ścinali główki kapusty rosnącej w polu wujka i dawali wygłodniałym jeńcom. Jak opowiadała koleżanka, w której opisane wyżej bolesne wydarzenia z okresu okupacji zabiły wiarę, sama dziwiła się, dlaczego Zdzisław ją do tego namówił. Śmiertelnie nienawidzili Niemców za wymordowanie wioski, a jednak ulitowali się nad głodnymi. Ona straciła wiarę, a ks. Zdzisław, o którym wyrażała się z ogromnym przejęciem i wielkim szacunkiem, wstąpił w szeregi kapłańskie i zakonne.
Szkołę podstawową ukończył Zdzisław w Królewcu. Małe seminarium w Krakowie Płaszowie poznał przez swoich kolegów. Przybył tutaj 1 września 1947 roku i rozpoczął naukę w szkole średniej.
Po ukończeniu małego seminarium 5 czerwca 1950 roku wstąpił do postulatu. Nowicjat rozpoczął 12 września 1950 roku pod kierunkiem mistrza nowicjatu, ks. Władysława Majki.
Pierwsze śluby zakonne złożył 13 września 1951 roku w Stadnikach.
W latach 1952/53 - 1956/57 odbywał studia filozoficzno-teologiczne w Wyższym Seminarium Diecezjalnym w Tarnowie.
Wielką uwagę przywiązywał do życia wspólnego i pracy dla wspólnoty. Najbardziej udzielał się w oprawianiu książek. Sztuki introligatorskiej wyuczył się od swego współbrata, kl. Stefana Stawczykowskiego. Do dzisiaj w naszej bibliotece sercańskiej stoi na półkach wiele książek przez niego oprawionych. Oddając się z zapałem tej pracy, któregoś dnia przez nieostrożność zmiażdżył sobie gilotyną do papieru końce trzech palców lewej ręki. Mimo kalectwa nadal jednak wykonywał wszystkie prace fizyczne.
Święcenia kapłańskie przyjął 2 czerwca 1957 roku w Tarnowie w kościele na Grabówce z rąk ks. bp. Karola Pękali. Przez wszystkie lata kapłaństwa związany był z małym seminarium, najpierw jako wykładowca przedmiotów humanistycznych, a później jako prefekt. Najwięcej trudności musiał pokonać w Mszanie Dolnej, gdzie po przeniesieniu naszego nowicjatu urządzono małe seminarium. Były to czasy komunistycznego zniewolenia i każdy, kto wówczas pełnił funkcje wychowawcze, narażony był na szykany ze strony Urzędu Bezpieczeństwa. Zawsze, kiedy z powodu utrudnień ze strony władz komunistycznych seminarium zmieniało miejsce, zmieniał je także ks. Zdzisław. Przez jakiś czas musiał się nawet ukrywać, gdyż był poszukiwany. Kilka razy chronił się w innych domach, przez przeszło tydzień ukrywał się też u naszych współbraci, którzy mieszkali w Warszawie u oo. bonifratrów.
W Tarnowie pracował jako opiekun byłych wychowanków małego seminarium. W czasie pełnienia tej funkcji mocno zapisał się w pamięci wychowanków. Przejęli oni z wielkim szacunkiem wiele cech jego osobowości. Jeden z wychowanków małego seminarium opowiadał później: „Przez kilkanaście lat po wystąpieniu z niego nie chciałem słyszeć o Księżach Sercanach. Ale im bardziej chciałem zapomnieć, tym mocniej rysowała się we mnie postać ks. Zdzisława. Jeżeli któryś z wychowanków małego seminarium porzucił kawałek chleba, za karę ks. Zdzisław zabraniał mu spożywania kolacji w sobotę”. Ze łzami w oczach zaświadczył on także: „Ks. Zdzisław nauczył mnie szanować ciężko zapracowany chleb. Często mówił swoim wychowankom, że on sam wie co znaczy głód i z całą stanowczością zwalczał u nich wszelkie oznaki braku szacunku dla chleba”. Następną wartością, jaką ks. Słupczyński za wszelką cenę starał się wpoić w dusze swoich wychowanków, był szacunek dla rodziców. Jak opowiadają jego wychowankowie: „o rodzicach, zwłaszcza o swoim ojcu, mówił zawsze ze łzami w oczach. Mówił o nich bardzo często, ale nigdy nie wspomniał o bolesnych wydarzeniach związanych z pacyfikacją rodzinnej wioski i spaleniu ojca przez okupanta”.
W sercach swoich wychowanków pozostał jako bardzo wymagający od innych, i to w najdrobniejszych sprawach. Po latach nikt jednak nie wyrzucał mu tego jako cechy negatywnej, gdyż nie tylko równoważyła ją, lecz nawet przewyższała, surowość w wymaganiach jakie stawiał sobie samemu. W latach późniejszych, już w pracy misyjnej, cechy te jeszcze bardziej się uwydatniły.
Po zakończeniu pracy w Tarnowie przeniósł się do Krakowa, rozpoczynając starania o paszport w związku z planowanym wyjazdem na misje. 12 września 1967 roku udał się wraz z pierwszą grupą naszych misjonarzy do Indonezji. W grupie tej znajdowali się księża: Lucjan Walczak, Tadeusz Latoń, Zbigniew Letkiewicz, Andrzej Łukasik i Stanisław Kostyra. Z Wiednia pojechali oni do Rzymu, gdzie naszym pierwszym misjonarzom umożliwiono spędzenie krótkich, miesięcznych wakacji krajoznawczych. 12 października liniami „Air India” odlecieli do Indonezji. Po wylądowaniu w Dżakarcie, zatrzymali się na tydzień w prowadzonym przez holenderskie Zgromadzenie Braci FIC Bruderanie Merdeka Timur, aby załatwić wymagane formalności urzędowe. Po ich dopełnieniu cała grupa pojechała do Yogyakarty, gdzie w małym seminarium prowadzonym tam przez nasze Zgromadzenie, uczyli się języka indonezyjskiego. Pierwszych lekcji udzielał im werbista ks. Glinka, a potem uczyli się już sami. Zdobyli się na opracowanie słownika indonezyjsko-polskiego, mając do dyspozycji jedynie słownik rosyjsko-indonezyjski, służący im za podstawę.
Piszącemu utkwiły w pamięci pewne momenty z czasów przygotowań do wyjazdu na pracę misyjną. Należy sobie jasno uświadomić codzienne trudności życiowe misjonarza, który zabrał ze sobą jedną walizkę rzeczy osobistych z czterema tomami brewiarza, dwoma sutannami i kilkoma koszulami, które miały mu wystarczyć na niemal rok, a rozpadły się po kilku praniach na skutek tropikalnych warunków.
Pierwszą placówką, na jakiej przyszło pracować ks. Słupczyńskiemu, była parafia pw. św. Józefa w Palembangu. Tutaj, w przeciągu niespełna roku zdobywał pierwsze doświadczenia misyjne. Przytoczmy w tym miejscu świadectwo jego wrażliwości na biedę i problemy życiowe ubogich, których było na tym terenie ogromnie dużo.
W czasie odwiedzin u chorych w parafii ks. Słupczyński spotkał się z przypadkiem młodej, mającej kilkanaścioro dzieci matki, która ciężko chorowała. W oczy uderzała panująca wokół nędza i głód. Po udzieleniu sakramentów św. i powrocie do klasztoru sprzedał więc przywieziony z kraju aparat fotograficzny, dwie sutanny i magnetofon, a otrzymane w ten sposób pieniądze ofiarował tamtej rodzinie.
Wyczulony na punkcie głodu, którego w młodości zaznał niemało, w czasie kazania w Wielkanoc roku 1969 poruszył temat miłości bliźniego i sprawiedliwości społecznej. Kiedy zaakcentował konieczność dzielenia się bogatszych parafian swoimi zasobami z ubogimi, w parafii powstał ferment. Sam ówczesny proboszcz zarzucił mu skrajność. Od bogatszych parafian doznał wielu przykrości, co spowodowało, że poprosił swego biskupa o przeniesienie na prowincję. Przeznaczony został do pracy w oddalonym 600 km od Palembangu Bengkulu.
Była to duża miejscowość z bogatym dawniej portem, do którego zawijały nawet duże statki dalekomorskie. Niedoświadczenie młodej kadry wojskowej Indonezji (po wojnie jeden z jej generałów zbombardował otaczające Bangkulu rafy koralowe) przyczyniło się do zasypania dużego portu piaskiem morskim w porze deszczowej przez wiatry, zwane tam musim angin barat (wiatry zachodnie).
W Bengkulu od lat pracowały siostry boromeuszki. Większość z nich stanowiły siostry pochodzenia holenderskiego, które prowadziły wielką szkołę podstawową. Nie było w niej jednak miejsca na katechezę. Ks. Zdzisław od razu ostro postawił sprawę konieczności nauczania religii w szkole. Po wielu tarapatach przeprowadził swój plan i sam nauczał w niej religii.
Drugim problemem była sprawa współpracy młodego, właściwie początkującego misjonarza polskiego, z doświadczonym i od lat pracującym na tym terenie zgromadzeniem żeńskim pochodzenia holenderskiego. Należy pamiętać, że lata te były najbardziej krytycznym okresem wprowadzania reform II Soboru Watykańskiego i to w kontekście holenderskim. Księdzu Zdzisławowi wydawało się, że współdziałanie to nie przebiega właściwie, i sam często powtarzał, że z trudnością przychodzi mu współpraca z siostrami. Było to jednak jedynie jego odczucie. Siostry mówiły ówczesnemu księdzu ekonomowi prowincjalnemu J. Weustenowi, że po raz pierwszy mają prawdziwego księdza misjonarza.
Ks. Zdzisław Słupczyński osobiście przeprowadzał im regularne odnowienia miesięczne i wygłaszał tygodniowe nauki. Pilnował regularnego dyżuru w konfesjonale i był na każde ich zawołanie.
Pierwszym jednak jego obowiązkiem była praca kapłańska. Dla ks. Zdzisława nie istniała żadna przeszkoda uniemożliwiająca spotkanie się ze swymi wiernymi. Po objęciu placówki misyjnej w Bengkulu, ks. Zdzisław dowiedział się, że w odległości 150 km znajduje się wioska Manna, w której mieszka jedna rodzina katolicka i od dłuższego czasu nie odwiedził jej żaden misjonarz. Nikt jednak nie chciał z nim tam pojechać, gdyż nie znano drogi. Dowiedziawszy się kilku szczegółów, postanowił udać się w drogę samotnie, trzymając się wybrzeża oceanu. Wiedział bowiem, że ma do pokonania dwie rzeki, ale brak na nich mostów. Na miejsce dotarł już po kilku dniach. Od tej pory regularnie, raz w miesiącu, odwiedzał tę rodzinę, aby zapewnić jej opiekę misyjną. Musiał w ciągu dwóch dni samotnie pokonywać drogę, którą sam odkrył, ale która miała rzeczywiście wiele niebezpiecznych odcinków.
W Bengkulu parafianie bardzo go polubili. Przekonali się, że jest bardzo wymagający, stwierdzili jednak, że wymaga nie tylko od nich, ale przede wszystkim od siebie samego.
Po kilku miesiącach pracy w Bengkulu zaniepokoił go stan własnego zdrowia. Zauważył niewielki wrzód pod żebrami lewej strony klatki piersiowej. Ponieważ często wypływała z niego krew, postanowił udać się do lekarza. Ranę opatrzył chirurg, protestant, wysłany na studia przez naszego biskupa Józefa Soudanta. Podejrzewał on groźną chorobę nowotworową, ale pacjentowi nic o tym nie wspomniał. Stan chorego poprawił się na kilka dni, ale ból stawał się coraz dotkliwszy. Ks. Słupczyński nie mógł sobie jednak pozwolić na dłuższą nieobecność w Bengkulu, gdyż nie miał w pobliżu nikogo do pomocy duszpasterskiej.
W styczniu 1971 roku urządził po raz pierwszy uroczyste Natal-oekumene - ekumeniczne spotkanie katolików z protestantami. Po rozdzieleniu różnych funkcji organizacyjnych, samemu sobie pozostawił fragment czytania biblijnego i komentarz. Spotkanie wyznaczono na 3 stycznia. Z powodu nasilania się bólu, nie powiadamiając nikogo, udał się do Palembangu, aby skorzystać z pomocy wykwalifikowanych lekarzy ze szpitala Caritas. Przedłużająca się nieobecność ks. Zdzisława na nabożeństwie ekumenicznym wywołała powszechne zdziwienie i krytyczne uwagi pod jego adresem, zwłaszcza ze strony protestantów. Czekali oni przeszło godzinę, a wreszcie sami odprawili to nabożeństwo.
Tymczasem ks. Zdzisław nie mógł już wytrzymać nasilającego się bólu i wsiadł do samochodu pocztowego, który codziennie z Bengkulu jeździł do Lubuk-Linggau, przywożąc miejscową pocztę, gdyż Bengkulu nie posiadał linii kolejowej. Stamtąd już prowadziła droga kolejowa do Palembangu, dokąd dotarł 3 stycznia 1971 roku. Stanął we drzwiach naszej misji, mówiąc: „W najbliższych dniach będziesz miał kompana”. Ucieszyłem się bardzo. Od tego momentu cała historia naszego zaangażowania w Indonezji odżyła na nowo. Nie zdążyłem mu jeszcze przekazać rzeczy przywiezionych z Polski, dlatego też poszedł jeszcze na Talang Jawa (dawna siedziba prowincjalatu), aby je odebrać i po południu, o 1315, zjawił się już w charakterze pacjenta.
Po kąpieli zaczął się skarżyć na ból promieniujący spod prawej łopatki i przenoszący się na prawą rękę. Przywołałem siostrę zakonną i poprosiłem o podanie mu środka przeciwbólowego.
6 stycznia nie był już w stanie odprawić Mszy świętej. Komunię św. przyjął w łóżku. Z powodu wielkich kłopotów żołądkowych ks. Słupczyńskiego, tamtejszy lekarz dr Irsan, islamista, nie mógł go zbadać dokładnie. Powiedział, że zbada go definitywnie po wyleczeniu żołądka. Pobrano wszystkie próbki i zabrano go do szpitala państwowego, aby prześwietlić żołądek, gdyż w szpitalu misyjnym Caritas nie było rentgena. Po powrocie ze szpitala (przywiózł go osobiście ks. bp Soudant, który przez cały czas jego pobytu w szpitalu odwiedzał go dwa razy dziennie) nie chciał nic jeść. Skarżył się tylko na bóle reumatyczne ręki. Po południu przyjechała siostra zakonna z Lahat, mająca objąć przełożeństwo w Bengkulu oraz ustępująca przełożona z Bengkulu. Przywiozły kilka jabłek. Ks. Zdzisław nie dał już rady ich skosztować. Na pytanie sióstr o zdrowie, odpowiedział, że czuje się jakby umierał.
Sytuacja z każdą godziną stawała się bardziej krytyczna. Chory nie chciał przyjmować żadnych pokarmów.
8 stycznia siostry poprzez podanie odpowiednich kroplówek przygotowały go do operacji.
9 stycznia o godz. 100 siostry przygotowały wózek sanitarny, aby przewieźć go do sali operacyjnej. Ku zaskoczeniu sióstr, po otrzymaniu zastrzyku nasennego, ks. Zdzisław drugimi drzwiami poszedł pieszo do sali operacyjnej. Przebywał tam tylko 30 minut. Po powrocie cały dzień spędził w pozycji na wpół siedzącej w przygotowanym do tego celu łóżku.
Niedzielna Komunia św. była ostatnią w jego życiu.
12 stycznia, wczesnym rankiem przyszedł ksiądz biskup i zapytał ks. Zdzisława o to, jak spędził noc. Ks. Zdzisław nie mógł jednak już wówczas spać. Siostry zawiozły go do sali operacyjnej w celu zdjęcia szwów. Po powrocie, kiedy zobaczył go ksiądz biskup, ogromnie się przeraził. Podszedł do ks. Zdzisława i zaproponował mu, aby przyjął sakrament chorych. Ten poprosił mnie o spowiedź i przygotował się do przyjęcia sakramentu chorych. O 1530 byli już na miejscu wszyscy współbracia pracujący w Palembang. Po przyjęciu sakramentu ks. Zdzisław rozpogodził się i zaczął wszystkim imiennie dziękować. Stan taki trwał jednak zaledwie godzinę. Bóle zaczęły narastać i stały się nie do zniesienia. Mimo, iż był wobec siebie bardzo surowy, zaczął prosić o morfinę, ale pomagała ona jedynie na krótko.
Wieczorem przyjechał pierwszy z Polaków, ks. Andrzej Łukasik. Nie porozmawiali wiele. Po odejściu ks. Andrzeja ks. Zdzisław zwrócił się do mnie z zapytaniem, czy będzie mógł jeszcze wrócić do Polski? Tak bardzo pragnął wrócić do kraju wolnego, w którym nie musiałby się bać szykan ze strony władz komunistycznych! Widziałem, jak siostry zaczęły popłakiwać.
Rano brat zakonny przyniósł pocztę. Nadeszła kartka pocztowa w liście od współbrata z Polski. Odczytałem mu ją kilkakrotnie, ale jej treści chyba już nie zrozumiał. Poprosił z kolei o zastrzyk uśmierzający ból. Siostra odpowiedziała, że otrzymał już największą dopuszczalną dawkę i nie może mu dać następnego zastrzyku, gdyż spowodowałby jego śmierć. Zaczęło się straszliwe cierpienie.
15 stycznia stan zdrowia ks. Słupczyńskiego gwałtownie się pogorszył. O 900 zaczęliśmy odmawiać różaniec. Zatelefonowaliśmy do księdza biskupa, który natychmiast przyjechał. Zaczęliśmy odmawiać modlitwy za konających, którym przewodniczył kapelan szpitalny ks. Gisbergen. O 1020 ks. Zdzisław nagle się uśmiechnął i jego serce przestało bić.
O 17.45 został przeniesiony do rozmównicy szpitalnej, aby przyjeżdżający goście mogli się z nim pożegnać. O 1900 kościół pw. św. Józefa w Palembangu wypełnił się wiernymi. Długo trwały modlitwy wiernych za zmarłego. Nabożeństwu przewodniczył ks. prowincjał Leon Kwanten.
Nazajutrz odbyły się uroczystości pogrzebowe, które poprowadził ks. bp Józef Soudant. Wszystkie teksty modlitewne przygotował ks. Jan Wiggermann. Wzięli w nich udział prawie wszyscy współbracia-misjonarze pracujący w Indonezji.
Godnym zanotowania jest fakt, że po uroczystościach pogrzebowych, w skwarze tropikalnego słońca przez kilka godzin stała, płacząc, młoda Chinka, uczennica szkoły pielęgniarskiej w szpitalu Caritas, parafianka z Bengkulu. Podszedł do niej ksiądz biskup i zapytał, dlaczego płacze. Ona natychmiast wyszeptała: „On (tj. ks. Zdzisław) był dla nas taki dobry”. To jedno zdanie wystarczy, by scharakteryzować sylwetkę pierwszego misjonarza, naszego współbrata Polaka, który oddał się bez reszty służbie Bożego Serca. Dał poznać Jezusowe Serce poprzez dawanie świadectwa swego serca.
Parafianie z Bengkulu nie mogli dojechać na pogrzeb, gdyż dowiedzieli się o jego śmierci dopiero z radia. Od razu jednak dali wymowne świadectwo w liście przesłanym do jego żyjącej matki:
„Za pośrednictwem listu, my parafianie z Bengkulu, z głębi serca składamy wyrazy najserdeczniejszego współczucia z powodu powołania przez Boga syna Pani.
Ks. Zdzisław, który, jak dotąd, pracował wśród nas, prowadził nas — parafię w Bengkulu — do Boga, powrócił na łono Pana.
My, wierni Bengkulu, rozumiemy dobrze smutek i cierpienia Szanownej Pani w chwili, kiedy otrzymała Pani tak nagłą i smutną wiadomość. Ponieważ jesteśmy tylko zwykłymi ludźmi, nie jesteśmy w stanie pocieszyć Drogiej Pani, pomniejszyć Jej smutku. Potrafimy tylko zanosić modły, aby dobry Bóg przyjął syna Pani w swoim Królestwie, i aby zawsze obdarzał swymi łaskami i błogosławieństwem Szanowną Panią i całą Jej Rodzinę.
My, parafianie Bengkulu, obiecujemy również iść w ślady Syna Szanownej Pani, który zawsze był wierny swym obowiązkom i dawał bezcenny przykład przede wszystkim nam, jak i wszystkim ludziom w kontynuowaniu Królestwa Chrystusa Zbawcy”. (Następują 33 podpisy parafian z Bengkulu).
Dodać należy, że parafianie ci spontanicznie zebrali dosyć sporą sumę pieniędzy, którą przesłali matce zmarłego, aby przynajmniej częściowo spłacić zaciągnięty wobec niej dług wdzięczności.
Opracował ks. Walerian Swoboda SCJ