Kamerun

 

 

Ks. Stanisław Wawro misjonarz w Kamerunie

Wywiad z ks. Stanisławem Wawro SCJ – misjonarzem w Kamerunie

Proszę o krótkie przedstawienie Kamerunu naszym przyjaciołom. Jaki to kraj, jak wygląda aktualna sytuacja polityczna i gospodarcza?

Kamerun jest krajem znajdującym się na zachodnich obrzeżach Afryki Środkowej. Jest to taki trójkąt o wielkości 475.442 km², który rozciąga się od Zatoki Gwinejskiej tuż powyżej równika i dochodzi do Jeziora Czad poniżej Sahary. Dlatego często nazywa się ten kraj „Afryką w miniaturze”, gdyż znajdują się tutaj prawie wszystkie strefy, które można spotkać w Afryce: morze, góry, równiny, dżunglę, sawannę, a na północy już Sahel, tzn. strefę półpustynną. Z tym też związane jest bogactwo krajobrazów, roślinności i zwierzyny. Jednym słowem prawdziwy raj dla turystów, który, niestety, z różnych powodów nie jest jeszcze wykorzystany...

Z punktu widzenia politycznego, to oficjalnie jest to kraj demokratyczny, ale ta demokracja jest inna niż w Europie. Np. Prezydent jest już na stanowisku od 23 lat, choć prawnie może tylko sprawować władzę przez dwie 7-letnie kadencje. Ale zawsze przecież można zmienić konstytucję, by przedłużyć ten stan rzeczy... Poza tym, widać duży wpływ dawnego mocarstwa kolonialnego, Francji. Co jednak warto podkreślić, to, że Kamerun jak do tej pory jest jednym z nielicznych krajów afrykańskich, gdzie jest jeszcze spokojnie. A to jest bardzo cenną rzeczą. Pomaga to w jakiś sposób rozwijać się gospodarce, utrzymuje jakieś struktury państwowe i ekonomiczne. Gospodarka tego kraju opiera się zasadniczo na rolnictwie, a więc jest bardzo uzależniona od cen rynku światowego, a te jak wiadomo, nie są ciekawe. Np. kiedyś, Kamerun był potęgą światową w produkcji kawy. Niestety, obecnie, kiedy ceny kawy na rynku światowym spadły, wszystkie plantacje kawy podupadły. Ostatnie sześć lat spędziłem właśnie w takim regionie kawowym, w Nkongsamba, i mogłem się naocznie przekonać, co to znaczy. Miasto Nkongsamba, które jeszcze 20 lat temu było trzecim miastem Kamerunu, obecnie jest zaledwie na trzynastej pozycji i nie ma praktycznie żadnej przyszłości...

Jak Ksiądz scharakteryzowałby ludność, wśród której pracujecie, bo są oni przecież członkami różnych plemion i pewnie różnią się dość znacznie między sobą?

Kamerun liczy obecnie około 16 milionów mieszkańców. Ludność ta jest podzielona na około 150 plemion, które każde ma swój dialekt i kulturę. Stad też wielkie różnice miedzy nimi. Inaczej się pracuje np. wśród plemion Ewondo czy Eton w centrum Kamerunu, a inaczej wśród Bamileke na Zachodzie, czy Bassa na Południu, a już zupełnie inaczej wśród ludów Północy jak Foulde czy Tupuri, a jeszcze inaczej wśród ludów dżungli na Wschodzie kraju. Widać to u naszych starszych współbraci, którzy większość życia spędzili wśród Bamileke. Gdy przyjdzie im pracować wśród Ewondo, mają wiele trudności, gdyż myślą na sposób „bamileke”, wśród ludzi, którzy mają zupełnie inną mentalność. Może więc dojść do nieporozumień. Również jest problem z dialektami, które mogą się zmieniać co parę wiosek... Tak więc często pozostaje tylko używanie języka francuskiego.

Jak do tej pory, ta różnorodność plemion, języków, kultur, interesów, trzyma się jakoś kupy i miejmy nadzieje, że tak będzie dalej. Nie ma jakiegoś jednego plemienia, które by miało dość sił, by zdominować inne. Ale w Afryce nic nigdy nie wiadomo do końca...

Jeśli chodzi o ich stosunek do nas, misjonarzy, to jest to ludność raczej nam życzliwa i odnosząca się do nas z szacunkiem. Nawet nie katolicy nie sprawiają nam kłopotów. Oczywiście, że czasami tu czy tam jakiś problem się zdarzy, ale jak na razie, nie możemy się skarżyć.

Od jak dawna pracują w Kamerunie sercanie i kiedy dołączyli do nich sercanie polscy?

Misje w Kamerunie nasze Zgromadzenie zaczęło prawie 100 lat temu. Pierwsi sercanie wyjechali do tego kraju wysłani przez samego naszego Ojca Założyciela, ks. Leona Dehon w 1912 roku. Byli to wówczas nasi współbracia niemieccy, gdyż Kamerun był wtedy kolonią niemiecką. Niestety, po przegranej przez Niemców wojnie 1914-1918, Kamerun Niemcom odebrano i dano Francuzom, a zachodnią jego część, Anglikom. Nasi współbracia niemieccy musieli odejść z przyczyn politycznych, a na ich miejsce przyszli sercanie francuscy, włoscy, holenderscy... Był wśród nich też jeden Polak, brat Kazimierz Zjeżdżałka, który zginął na tamtejszej ziemi w wypadku samochodowym w 1938 roku. Nasze Zgromadzenie było historycznie drugim Zgromadzeniem, po Palotynach, które ewangelizowało Kamerun. Cała zachodnia część Kamerunu, od portu Douala, aż do Jeziora Czad była powierzona do ewangelizacji naszemu Zgromadzeniu. Jest to pasjonująca historia, o której z pewnością nieraz opowiemy bardziej szczegółowo, gdyż nasza Prowincja kameruńska przygotowuje się do obchodów stulecia, a więc nie braknie różnych wspomnień, czy opracowań historycznych.

Co do obecności w Kamerunie polskich sercanów, to poza Bratem Zjeżdżałką (pracował tam 18 lat), w sposób stały, datuje się ona od 1990 roku, kiedy to postanowiono do formowania młodych afrykańskich sercanów, połączyć siły dwóch prowincji: kameruńskiej i zairskiej. Wtedy to Prowincja zairska, jako swój udział w formacji wysłała do Kamerunu ks. Sędzika, a następnie mnie. Następnie dojechali także z Zairu księża Śliwa i Osowski. Do tej czwórki zairskich weteranów dołączyli później księża Wenta i Pławecki, którzy przyjechali tutaj bezpośrednio z Polski. Tak więc aktualnie jest nas tutaj sześciu polskich sercanów, o średniej wieku 48 lat, co wśród misjonarzy innych narodowości stanowi bardzo niską średnią, gdyż misjonarze coraz bardziej się starzeją, a młodych coraz mniej dojeżdża...

Jaka jest ogólnie sytuacja Kościoła w Kamerunie?

Kościół w Kamerunie liczy sobie zaledwie trochę więcej niż 100 lat. A więc jest młody. A mimo to odgrywa dużą rolę w życiu tego kraju. Obecnie ocenia się, ze katolicy w Kamerunie stanowią około 26% całej ludności. Reszta to: animiści (wyznawcy religii tradycjonalnych): 40%; muzułmanie: 20%; protestanci: 14%.

Administracyjnie jest tutejszy Kościół podzielony na 23 diecezje, na czele których stoją już w większości biskupi tutejsi. Jest tylko czterech biskupów pochodzenia europejskiego: dwóch Belgów i dwóch ... Polaków. Oczywiście, rozmieszczenie katolików nie jest jednakowe: są regiony gdzie katolicy stanowią blisko 50%, ale i są takie (Północ), gdzie jest ich zaledwie 1%. Z innych danych mogę dorzucić, że na te 4,5 ml katolików przypada ok. 1.500 księży i około 1.800 sióstr zakonnych (razem z misjonarzami i misjonarkami). Polskich misjonarzy w Kamerunie pracuje około 120. Po pierwszym etapie ewangelizacji, nastąpił czas na konsolidacje wiary. Ale to jest temat na osobną rozmowę...

W jakich częściach kraju znajdują się „nasze” misje?

Jak już wcześniej wspomniałem, sercanie zaczęli pracę ewangelizacyjną w zachodniej części Kamerunu. Obecnie nasze placówki znajdują się na Zachodzie kraju w diecezjach Nkongsamba i Bafoussam. Od 1978 roku pracujemy także w centrum tego kraju, w diecezjach Yaoundé i Obala. W planach mamy także pójście do strefy języka angielskiego, w diecezji Kumbo. Co jest rzeczą ciekawą, nasza Prowincja Kameruńska, choć młoda, zaczyna włączać się w dzieło misyjne Kościoła: przez 6 lat jeden współbrat kameruński pracował na Madagaskarze, a teraz dwóch młodych Kameruńczyków przygotowuje się do pracy misyjnej w Angoli.

Jak modlą się tamtejsi ludzie, jak uczestniczą w liturgii?

Kamerun jest krajem afrykańskim, a każdy Afrykańczyk uczestniczy w liturgii nie tylko duchowo ale i cieleśnie. A czasami nawet może bardziej cieleśnie niż duchowo. Oznacza to, że ta liturgia jest bardzo żywa, przeplatana tańcami i śpiewami. Gesty, symbolika maja tutaj wielkie znaczenie w przeżywaniu wydarzeń. Zrozumienie tego jest bardzo ważne w pracy misyjnej. Uczestniczenie w takiej liturgii może wydawać się dla Europejczyka czymś graniczącym z folklorem, ale dla wtajemniczonych jest czymś zrozumiałym i ma swoja wymowę. Afrykańczyk jest człowiekiem wyrażającym zewnętrznie swoje przeżycia, dlatego i liturgia jest tego wyrazem. W każdym bądź razie, nawet kilkugodzinne ceremonie nie są nużące.

Jak wygląda współpraca misjonarzy ze świeckimi w parafiach i misjach?

Przede wszystkim misjonarzy i księży jest mało. Dlatego też udział ludzi świeckich w funkcjonowaniu misji czy parafii jest bardzo znaczny: katechiści, animatorzy, różne grupy (chóry, lektorzy, ministranci, grupy charytatywne, itd.). To wszystko jest koordynowane zazwyczaj przez radę parafialną i radę ekonomiczną. Do tego każda parafia jest podzielona na mniejsze podstawowe wspólnoty, które obejmują czy to dzielnicę, czy też grupę domów. Oczywiście, obecność księdza jest potrzebna, by nad wszystkim czuwać, aby nie doszło do wypaczeń (ludzie są tylko ludźmi), ale i tak, mam takie wrażenie, że zaangażowanie ludzi świeckich w funkcjonowanie parafii w Afryce jest chyba większe od tego co widziałem w Polsce.

Z jakimi problemami borykają się najczęściej misjonarze?

Myślę, ze łatwiej by było wyliczyć to z czym się nie borykamy, bo tego mniej... Ale jeśli chodzi o problemy (tylko w sferze Kościoła), to ogólnie podzieliłbym je na dwa rodzaje: problemy duchowe i problemy materialne (są jeszcze inne, ale to inny temat).

Problemy duchowe wiążą się ze słabością i płytkością ich wiary. Jest to jeszcze Kościół młody, a więc ta wiara nie jest jeszcze dobrze zakorzeniona. Często się zdarza, że „dobry” katolik jest w niedziele rano na mszy, po południu uczestniczy w ceremoniach jakiejś sekty (jest tych sekt u nas bardzo dużo, i robią wiele spustoszeń w psychice ich adeptów), a w nocy idzie jeszcze do jakiegoś szamana, by sobie załatwić jakieś gri-gri, które ochroni przed złymi mocami... Dużo więc jeszcze wody upłynie we wszystkich rzekach Kamerunu, nim ta wiara stężeje...

Natomiast problemy materialne wiążą się z niemożliwością samofinansowania się tego Kościoła. Żyjemy w Trzecim Świecie. Większość ludzi w Kamerunie żyje z 2 dolarami na dzien. Nie są więc oni w stanie utrzymać struktur kościelnych, jak to jest np. w Polsce, gdzie wierni wspierają Kościół. Zależymy więc od dobroci ludzi z zewnątrz. A ta dobroć jest, niestety, coraz mniejsza... Czasami więc przeżywamy sytuacje dość ciężkie. Przez ostatnie sześć lat sprawowałem funkcje Ekonoma Prowincjalnego, i muszę wyznać, że czasami trzeba było dobrze się „napocić”, by zaspokoić potrzeby wszystkich, zwłaszcza, że 75% budżetu Prowincji szło na formację naszej młodzieży zakonnej. Nie dziwcie się więc, że misjonarz, który przyjedzie do Europy, przemienia się w „żebraka”... Nie myśli on jednak o sobie, ale o tych wśród których pracuje...

Co takiego jest w pracy misyjnej, że mimo trudności i biedy misjonarze tak chętnie wracają do swoich ludzi w Afryce?

Wiele razy sam się już nad tym zastanawiałem, ale nie znalazłem czysto racjonalnej i zadawalającej odpowiedzi. Można wymienić wiele elementów (np. ideał, wiara, chęć przeżycia przygody, itd.), ale żaden z nich nie jest do końca przekonywujący. Pozostaje więc chyba powrót do tego prostego pojęcia jakim jest „powołanie misyjne”, które jest wielką łaską, wielkim darem od Boga. Jeśli się ma autentycznie to powołanie, jeśli się na nie odpowie szczerze, to po prostu nie można już gdzie indziej żyć i pracować, jak tylko wśród „swoich ludzi”, czy to w Afryce, czy to w Azji, czy gdzie indziej. „Tam” staje się po prostu „u nas”, a nie w Polsce... Innej sensownej odpowiedzi na razie nie mogę znaleźć. Zresztą, kiedy spotykam się z byłymi misjonarzami, którzy musieli opuścić misje z powodu choroby, czy może wieku, to prawie zawsze, przy pożegnaniu są wzruszeni i mówią: „ty to masz szczęście, że tam wracasz...” Tak, to powołanie, jest wielką łaską od Boga, wielką szkołą wiary...

Co dla Księdza było największą porażką w konfrontacji swoich wyobrażeń o misjach a afrykańską rzeczywistością? A co najmilszym zaskoczeniem?

 

Już od 18 lat pracuję w Afryce. Dlatego też chyba nabieram coraz większego dystansu do wielu rzeczy. Z pewnością, bardziej dojrzale patrzę na ideały młodości, na wyobrażenie o misji, na Afrykę. Poza tym jest to już drugi kraj afrykański, w którym żyję i pracuję. A to przecież poszerza horyzonty, pozwala normalnie spojrzeć na ten kontynent. Kiedyś stary misjonarz w Zairze powiedział żartobliwie że „tam gdzie się kończy logika, zaczyna się Afryka”. Chyba coś w tym jest, bo jeśli my, misjonarze, będziemy cały czas upierać się przy naszej, europejskiej logice, to z pewnością, cały czas będziemy przeżywali porażki w spotkaniu z tymi ludźmi, w spotkaniu z tym kontynentem. Natomiast, jeśli postaramy się ich zrozumieć, lepiej poznać, wtedy dostrzeżmy ich bogactwo. A wtedy to co wydawałoby się porażką, może stać się czymś bardzo szlachetnym. Jako przykład podam to co przeżyłem jeszcze w Kinshasie, w styczniu 1993 roku, w czasie wielkich zamieszek i fali grabieży. Wiele misji i parafii zostało wtedy ograbionych. I to często przez samych parafian. Moja placówka także padła ofiarą tych grabieży. Pamiętam, jak stałem w pokoju pod murem z pistoletem przyłożonym do głowy przez pijanych żołnierzy, a ich żony, które normalnie przychodziły do naszej kaplicy na msze każdego dnia, po prostu rabowały wszystko co się dało, ciągle tylko powtarzając: „Sango, limbisa...” (Księże, przebacz...). Ale równocześnie, następnego dnia, inni parafianie przyszli do nas, i przynieśli trochę manioku, by się z nami podzielić, bo widzieli, że nas ograbiono. I jeśli, po takiej nocy, pełnej zła, człowiek miał czarne myśli, zniechęcenie, chęć rzucenia wszystkim i wyjechania, to jednak, gdy zobaczył tych paru niewinnych, biednych ludzi, którzy przychodzą do ciebie, by się podzielić z tobą paroma garściami manioku, (bo więcej i oni sami nie mieli), to wtedy już się nie ma ochoty rzucania wszystkiego, bo widać, że ma się dla kogo pracować, i że ziarno ewangelii powoli i tutaj, w tych sercach rośnie. Taka jest właśnie Afryka, pełna niespodzianek... W ciągu paru chwil można tu przeżyć momenty straszne, ale i momenty cudowne też.

Jak widzicie przyszłość kameruńskiej prowincji SCJ?

Nie bylibyśmy misjonarzami, gdybyśmy nie parzyli optymistycznie w przyszłość. Wystarczy tylko popatrzeć na cyfry. Dziesięć lat temu Prowincja kameruńska liczyła tylko 35 członków. Obecnie jest nas 86. Jest to zasługą wytężonej pracy powołaniowej. Misjonarzy ubywa, ale za to przybywa młodych sercanów kameruńskich. W tej chwili stanowią już oni 75% całej prowincji. Jedynym problemem jest to, że są oni jeszcze młodzi, i my, misjonarze musimy, póki co, trwać na stanowiskach, by ich dobrze przygotować do kontynuowania naszego sercańskiego dzieła w Kamerunie. Dobrze by było, by jeszcze dojechało do nas choć paru młodych misjonarzy, by nas wspomóc w tym dziele. Jeśli fundamenty są solidne, to i reszta budowli będzie stała. Jak mówią u nas Pigmeje: „Jeśli słoń będzie stał na czterech nogach, to i huragan go nie przewróci, ale jeśli mu przyjdzie do głowy stać na trąbie, to i mrówka go powali”. Stąd też bardzo nam zależy, by formacja naszych kameruńskich współbraci była solidna.

Co Ksiądz chciałby powiedzieć tym, którzy również czują, że powinni przynajmniej część swojego życia ofiarować misjom?

Tak się składa, że w życiu spotkałem wiele osób, które mi wyznały po cichu, iż chcieli też kiedyś wyjechać na misje. Niestety, najczęściej brakło im odwagi, by zrobić ten krok, ten jedyny krok... Teraz, tam, gdzieś w głębi ich serc snuje się cichy żal, że tego kroku nie zrobili. Dlatego, jeśli miałbym cokolwiek powiedzieć tym, którzy choć raz, i to nawet przelotnie, pomyśleli o możliwości pracy misyjnej, to rzekłbym jak Papież Jan Paweł II: „Odwagi! Nie bójcie się wypłynąć na głęboką wodę!” Wielu ma powołanie, autentycznie misyjne, ale najczęściej, boją się go realizować, bo... (tutaj można wyrecytować całą litanię przyczyn, które usprawiedliwiają nie zrobienie tego kroku). A szkoda. Bo powołanie misyjne ma w sobie coś wspaniałego. Jan Paweł II w encyklice „Redemptoris Missio” w punktach 79-80 pisze cudownie o tym „całkowitym darze z siebie dla misji”; prosi rodziny do kultywowania powołań misyjnych, a młodych ludzi do tego, by ośmielili się odpowiedzieć: „oto ja, Panie, jestem gotów, poślij mnie” (cf. Iz 6,8). I mówi dalej Papież, że ci którzy szczerze odpowiedzą na to powołanie misyjne, będą mieć przed sobą życie fascynujące, poznają prawdziwe szczęście głoszenia Dobrej Nowiny braciom i siostrom, których pociągną na drogę zbawienia.

Czyż może być piękniejszy program życia w dzisiejszym świecie; tym świecie, który proponuje wszystko i nic?

Serdecznie dziękuję za rozmowę.

Rozmawiał ks. Ryszard Miś SCJ (Sekretarz Misji Zagranicznych)