AZJA I OCEANIA - FILIPINY - baza artykułów
Pierwsze doświadczenia i spostrzeżenia z Filipin
Davao, 28.05.2003
Postanowiłem w końcu napisać moje pierwsze doświadczenia i spostrzeżenia z Filipin. Minęło już bowiem ponad trzy miesiące od mojego wyjazdu z Polski.
Zacznę wiec od początku. Po wyjechaniu z Polski zatrzymałem się parę dni w Rzymie. Była to okazja do spotkania się z naszym Generałem i przyjęcia ostatnich wskazówek co do mojej przyszłej pracy. Z Rzymu wyleciałem 25 lutego by wyładować w Manili następnego dnia po południu. Podróżowałem wiec prawie 24 godziny, uwzględniając dwa przystanki: w Kuwejcie i Bangkoku.
Na lotnisku spotkałem ks. Alojzego Backa z Brazylii, i Włocha Giuseppi Pierantoniego. Wieczorem byłem miło przyjęty przez wspólnotę w Manili. W Manili mamy kilku studentów teologii, dwóch wychowawców i księży z Indonezji na roku sabatycznym. A wiec to mała wspólnota w której panuje braterska atmosfera. Tu w Manili w naszym sercańskim domu są podobne warunki do tych w Indiach, jedzenie, mieszkanie jest całkiem przyzwoite. Również modlimy się i odprawiamy msze jak w Indiach, a wiec siedząc na ziemi.
Manila jako miasto i stolica Filipin pozostawiła mi ciekawe wrażenie. Jest to wielka, 10 milionowa metropolia, w której symbole religijne, przedstawiające postać Chrystusa czy Maryi, jak i komercyjne, reklamujące McDonalda lub przedstawiające sławnych aktorów z filmów amerykańskich przeplatają się ze sobą na każdym kroku. Wygląda na to, ze długi pobyt Amerykanów i katolickich Hiszpanów na wyspach filipińskich, pozostawił tutaj duże piętno. Co ciekawe wydaje mi się coraz bardziej, że to pierwsze wrażenie oddaje dość wiernie postawę i charakter lokalnych ludzi. Przeciętny Filipińczyk jest otwarty na „kulturę zachodu" i nowoczesną cywilizację, dobrze włada językiem angielskim, a mimo to pozostaje człowiekiem religijnym. Co więcej Filipińczycy nie stracili swojej, tak typowej dla Wschodu, pobożności religijnej. Widać to na każdym kroku, w ich gestach w kościele jak i na ulicy czy nawet swoim języku pełnym zwrotów chwalących Boga i Maryję. Już podczas pierwszego mojego spotkania z ludźmi zostałem poproszony o udzielenie błogosławieństwa i prostą modlitwę w języku polskim.
Często mam pokusę aby porównywać życie na Filipinach do tego w Indiach. Nie jest to dobre i łatwo się w takim upraszczaniu sytuacji pomylić. To inny kraj, kultura, historia, inne warunki... Aczkolwiek jest coś co łączy te kraje. To wielki kontrast pomiędzy biedą a bogactwem, wspaniałymi biurowcami w centrum Manili, nowoczesnymi samochodami, hotelami z casino czy wystawnymi sklepami, a slumsami i biedotą na obrzeżach tego miasta. Tutaj bogaty biznesmen i żebrak spacerują po tej samej ulicy. W supermarketach z aklimatyzacją można kupić najnowszy sprzęt elektroniczny a parę ulic dalej, w niektórych domach i rodzinach, brakuje pitnej wody lub podstawowych środków do życia. Ten kontrast pomiędzy bogactwem i ubóstwem istnieje wszędzie na świecie. Ale tu na Filipinach, podobnie zresztą jak w Indiach, jest to widoczne jak na dłoni.
Po kilkudniowym pobycie w Manili odleciałem samolotem na dużą wyspę na południu kraju: Mindanao, gdzie mamy większość naszych sercańskich placówek. Nasz lot trwał 75 minut. Towarzyszył mi wspomniany wyżej Giuseppe Peierantoni, który wcześniej pracował na Filipinach ponad 10 lat. Jak dobrze wiadomo, rok temu został on porwany przez bandę musulmańską i trzymany jak zakładnik przez sześć miesięcy. Jego porwanie nie było pierwszym i chyba ostatnim przypadkiem tego typu w tym kraju. Wygląda na to, ze porywanie cudzoziemców dla zdobycia okupu jest czymś częstym dla Muzułmanów filipińskich. To okazja zdobycia dużego okupu, który jest wykorzystywany na zakup środków do życia i broni. To również okazja dla mniejszości muzułmańskiej na Filipinach do pokazania się i przypomnienia światu o sobie. Napięcia i walki miedzy Chrześcijanami i Muzułmanami nasiliły się znacznie po wybuchu wojny w Iraku.
Ks. Giuseppe nie mógł ponownie wrócić na Filipiny i tu pracować. Było mu to odradzone ze względów bezpieczeństwa. Przyleciał wiec jedynie na krótki czas aby się pożegnać i podziękować za modlitwę w czasie jego porwania. Będzie pracował w Indiach na moim miejscu. Ja miałem okazję towarzyszyć mu w jego podróżowaniu po całym Mindanao. Dzięki temu zwiedziłem z nim wiele ciekawych miejsc i spotkałem interesujących ludzi.
Wygląda na to, że południe Filipin to bardziej egzotyczny i uboższy rejon. Większość ludzi mieszka na wioskach, w maleńkich domach pokrytych liśćmi z palm kokosowych. Ludzie pracują tu ciężko na polach ryżowych, aby przetrwać i wyżywić swoje liczne rodziny. W zasadzie Amerykanie i Hiszpanie nigdy nie dotarli tu na południe. Również i Kościół w tym regionie jest bardzo młody.
Pierwsze parafie i diecezje były tworzone dopiero 50 lat temu przez księży Św. Columbana z Irlandii. Do dziś dnia, szczególnie w terenach górzystych, znajdują się nowe wioski i plemiona, których nikt nigdy nie odwiedzał i nie dbał. Ciągle wiec powstają nowe diecezje i kaplice. Większość z istniejących parafii zawiera po 80 i 90 kaplic. Tylko nieliczni mieszkańcy tego misyjnego regionu mają okazję uczestniczyć we mszy niedzielnej. Duża większość, należąca do oddalonych kaplic, ma msze raz lub dwa razy do roku.
W każdej parafii jest wielu katechistów przygotowanych do sprawowania Liturgii Słowa w kaplicach, w których nie ma niedzielnej Mszy Św. Uczą oni również katechizmu i śpiewu. Są oni również liderami tzw. podstawowych wspólnot chrześcijańskich (basie christian communities) organizujących życie religijne i społeczne w każdej wiosce. W ten sposób większość inicjatyw i podstawowych prac na parafii jest wykonywane przez osoby świeckie.
Podczas jednej z naszych wypraw odwiedziłem parafie gdzie pracują Polacy: ks. Franciszek Pupkowski i ks. Janusz Burzawa. To nowa parafia i nasi księża przyszli tutaj zaledwie kilka miesięcy temu. Czeka ich trudne zadanie zorganizowania wspólnoty parafialnej, budowa kaplic i ośrodków duszpasterskich. Mieszkają w ubogich warunkach. Oprócz nich jest tu jeszcze dwóch Sercanów indonezyjskich. Co dzień jeżdżą dalej lub bliżej odwiedzając i kaplice, których mają ponad 80. Często kaplice położone są wysoko w górach i nie można do nich jechać nawet motocyklem. (Moja mielecka parafia w porównaniu do tej to jak pestka w jabłku, a jest w niej 14 księży). Zabrałem się na jedną z takich wypraw. Na miejscu dowiedziałem się, że ostatnio kapłan odwiedził to miejsce rok temu. Mieliśmy wiec krótką katechezę w szkole, pierwszą spowiedź i komunię dzieci, parę chrztów, msze św. no i wiele innych posług razem. Wszystko w ciągu zaledwie kilku godzin. Mimo że było nas dwóch, ja nie mogłem wiele pomóc Ks. Januszowi (proboszczowi w tej skromnej parafii), ani w spowiadaniu, ani w katechezie... nie umiem jeszcze lokalnego języka cebuano. Nadrabiałem więc uśmiechem. Do misji wróciliśmy dopiero wieczorem. Czekała na nas wspaniała kolacja przygotowana przez miejscowych parafian. Tego wieczoru siedzieliśmy długo rozmawiając o sytuacji na Filipinach i w Polsce.
Kilka dni przebywałem również w Cagayau De Gro, dużym mieście na północy Mindanao. Tam również przeżyłem moje pierwsze Święta Wielkanocne na Filipinach. Wiele bym mógł o tym miłym świadczeniu i przeżyciach napisać. Zrobię to jednak przy innej okazji. W Cagayan znajduje się nasze centrum formacyjne w którym mieszka 35 studentów. Sześciu z nich już w najbliższym tygodniu jedzie do Manilii po to aby rozpocząć swój roczny nowicjat. Pozostali to postulanci i studenci filozofii, w seminarium przypomniałem sobie moje dawne hobby i co dzień grałem w piłkę nożną. Muszę przyznać, ze seminarzyści na Filipinach grają całkiem dobrze i napewno nasi klerycy ze Stadnik mieliby dużo kłopotów aby dorównać ich kondycji. Szczególnie jeżeli graliby w tutejszym wilgotnym klimacie w temperaturze 30 stop C.
Obecnie jestem już w Davao City. To największe miasto w Mindanao. Liczy 1.2 mln. mieszkańców. Miesiąc temu zacząłem tu sześciomiesięczny kurs języka cebuano. W przyszłości więc będę używał tego języka jeżdżąc do kaplic i kościołów, jak również odwiedzając domy i rodziny. To trudny język dla nas Europejczyków. Pocieszającą jednak rzeczą jest to, że w odróżnieniu od języka malayalam w Indiach, pisze się on rzymskimi literami.
Ten czas nauki języka to również czas na inkulturację i aklimatyzację do filipińskich warunków i matu. To również okazja dla mnie aby zdobyć doświadczenie i przyglądnąć się miejscowym ludziom, zwyczajom i kulturze. To piękny kraj i jest tu co zwiedzać i zobaczyć. A tak przy okazji: na Filipinach jest ponad 7.200 wysp. Jednak po okresie deszczowym, który dopiero zaczęliśmy będzie ich chyba tylko 7000, bo leje non stop od tygodnia.
To chyba wszystko co mi przyszło do głowy na dziś. Może jeszcze jedna informacja na koniec, Jutro wybieram się na śluby wieczyste naszych dwóch wychowanków. To pierwsze śluby wieczyste na Filipinach w naszej grupie sercańskiej. Pozdrawiam całą wspólnotę sercańska. Z pamięcią w modlitwie...
ks. Andrzej Sudoł SCJ
Mapka Filipin
Inne artykuły o Filipinach